Jak się człowiek przeprowadzi do miasteczka, to odkrywa, że istnieją również inne alergie - np. te związane z owadami... Tak było w moim przypadku i teraz mogę z dumą powiedzieć, że jestem wykwalifikowaną morderczynią komarów.

Przez wiele lat mieszkasz sobie grzecznie w mrówkowcu - powiedzmy gdzieś w większym mieście. Nie możesz na nic narzekać - trochę hałasu, spalin, ale generalnie czujesz się w tym miejscu dobrze i bezpiecznie. Jednak przychodzi czas na zmiany i to te lokalowe. Życie akurat tak się ułożyło, że z większego miasta trafiasz na mniejsze, trochę przypominające wieś ze względu na obyczaj, mentalność ludzi oraz zwiększoną liczbę kombajnów i furmanek. Zdaje się, że taka przeprowadzka zdrowiu powinna posłużyć - czyste powietrze, spokój ...ale... w moim przypadku tak się nie stało.
Przeprowadziłam się we wrześniu, więc wszelkie pylenie zbliżało się ku końcowi. Niby dobra pora na zagnieżdżenie się w nowym miejscu, niby koniec sezonu alergicznego. Nie przewidziałam jednego - w miasteczku występuje chyba większe stężenie moskitów, niż na 5 piętrze mrówkowca.
I tak oto po pierwszej nocy odczułam, że można obudzić się z czerwonymi plamami na rękach i nogach. Komary mnie kochają, uwielbiają mnie gryźć i męczyć swoimi drażniącymi odgłosami. Odkryłam, że mój organizm nie odwzajemnia miłości do komarów i źle reaguje na ich malinki. Jeśli moskit ugryzie mnie w rękę, to na początku jest to mała czerwona kropka. Na drugi dzień się rozrasta, a w miejscu ukłucia jest jakby żółta krostka. Takie coś utrzymuje się do dwóch tygodni. Zgroza! Dawniej wapno pomagało, fenistil pomagał i było dobrze. Jednak na nowym miejscu, jak na złość, nic nie działa. Nie drap się kobieto, ale jak się nie drapać, jak cała ręka swędzi? 10 komarów postanowiło sobie zrobić z mojej kończyny bank krwi.
Zdenerwowałam się. Innym domownikom w przypadku ugryzienia wystarczy przemycie kropki po komarze wodą z mydłem. Przechodzi od razu. Ja się muszę męczyć, smarować, powstrzymywać się od drapania, wapno łykać, a i tak wielka kropka się trzyma do dwóch tygodni. Oczywiście przez czerwone kropki na nogach rajstopy musiałam ubierać nawet, jak było bardzo ciepło. Przynajmniej pod lycrą ugryzień tak nie widać. Długi rękaw też trzeba było założyć, bo paskudnie to wygląda.
Postanowiłam zawalczyć z komarami - przez cały wrzesień. Poszłam do miejscowego sklepu z chemią, pokazałam paniom sprzedającym moje ręce. Stwierdziły, że muszę być bardzo na komary uczulona. Dały mi wkład do kontaktu zabijający komary. Trochę obawiałam się zapachu lawendy, ale mój organizm po pewnym czasie się przyzwyczaił. Komary ginęły, a ja mogłam się cieszyć spokojnym snem, brakiem czerwonych plam na rękach i nogach - co za tym idzie: ubieraniem tego, co chcę, a nie tego, co muszę.
Skończył się wrzesień, więc pomyślałam, że przecież już teraz nic mnie nie zaatakuje (za zimno chyba na moskity). Wkład z lawendą schowałam gdzieś głęboko. Niestety w październiku moskity również krążą i dopadły mnie już dwa, ale plamy po ugryzieniu już nie są takie duże jak we wrześniu. Albo komary mają mniejszą moc, albo uczulenie daje się we znaki przy większej ilości drani. No nic, jakoś wytrzymam... nauczyłam się zabijać - sprawnie, szybko i skutecznie likwiduję komary łapką bądź kapciem.
Z moskitami przygoda prawdopodobnie powoli dobiega końca. Jednak to chyba nie ostatnia związana z nowym miejscem zamieszkania. Wybrałam się ostatnio z mężem na spacer w tzw. pola. Rzepak się zieleni, zboże wschodzi, kukurydza dojrzewa... a na ręce ni z tego, ni z owego jakieś czerwone plamki się pojawiły. Na razie bagatelizuję problem, bo na drugi dzień już ich nie było. Mam nadzieję, że to nie będzie kolejna porcja dolegliwości alergicznych na nowym miejscu.

Co jest najważniejsze w mieszkaniu alergika? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie, ale wiadomo, że podstawą jest uwolnić się od alergenów. Dlatego temat ten traktujemy tak szeroko i z różnych stron:
